Za oknem piękna polska jesień, a nam, po obejrzeniu tego teledysku, chęć niewielkiego nawet wyjazdu wzrosła tysiąckrotnie! :) Miłego dnia!
piątek, 25 października 2013
piątek, 9 sierpnia 2013
Albańskie dzieci, cz.2
Zanim rozpiszemy się o osobliwościach Albanii (z pewnym poślizgiem, ale cały czas wielkim entuzjazmem :) ) obiecana kontynuacja wpisu o tamtejszych dzieciach. Dlaczego o dzieciach? Bo, o ile w godzinach okołopołudniowych dorosłego autochtona w turystycznych lokalizacjach można ze świecą szukać (oddają się sjeście lub po prostu pracują), to małych przedstawicieli tej nacji nie brakuje. Bynajmniej, nie czułam smutku z tego powodu, raz że dzieci to wdzięczny obiekt do fotografowania, dwa, że nie musiałam się obawiać, że ich rodzice będą drętwieć na dźwięk spustu migawki.
Właściwie to trochę przesadzam, bo sami Albańczycy okazali się być ludźmi nadzwyczaj przyjaznymi i właściwie, celując obiektywem w ich kierunku, ani razu nie spotkałam się odmową, a raczej z uśmiechem. Z mojej strony wystarczało wyćwiczone "faleminderit" (po albańsku "dziękuję"). Mali Albańczycy pozują jeszcze chętniej.
Tych chłopców spotkaliśmy niedaleko naszego hotelu. W jednej z bocznych uliczek grali sobie w piłkę. Małym Tirańczykom zupełnie nie przeszkadzała nasza obecność. Nie byli ani trochę speszeni, raczej zaciekawieni nami. Gracz z nr 26 na koszulce nawet zapozował. Co prawda ukrył się za kijem, ale zawsze. :)
Albania jest najbiedniejszym krajem w Europie. Odradza się po 40 latach rządów fanatycznego komunistycznego dyktatora Envera Hodży. Widać to na ulicach. Mijając albańską granicę, byliśmy na to przygotowani, ale mimo wszystko nie mogliśmy wyjść z "podziwu", jak ten obłąkany człowiek spaprał życie późniejszym pokoleniom.
Ale młodzież sobie radzi. Pisałam już o tym ostatnio. Ci, którzy radzić sobie nie chcą, żebrzą. Niejednokrotnie, jadąc samochodem, byliśmy świadkami, kiedy na pasach do kierowców podchodziły młode cyganki po prośbie. W miejscach typu "must see" aż się roi od rozkrzyczanych maluchów obu płci, które zanoszą utarg "rozstawionym" w pobliżu rodzicom. Zdają się oni mieć wewnętrzny radar, który już z bardzo daleka potrafi ocenić, czy warto danego delikwenta zaczepiać. My padliśmy ofiarą takich specjalistów, a raczej specjalistek w Tiranie.
Sposób na kontakty z małymi tubylcami opracowaliśmy już w Czarnogórze, kupując na stacji benzynowej tuzin lizaków. Traf chciał, że raz w stolicy Albanii zapomniałam ich wziąć, nie mieliśmy też żadnych drobnych w portfelu. Efekt? Jedna z dziewczynek przykuła się do mojej nogi, druga nie chciała puścić ręki Barszcza. Z odsieczą przyszła w końcu ich starsza siostra lub koleżanka.
Lizaki na szczęście mieliśmy już w albańskim kurorcie w Durrës. Dzieci owszem wzięły, ale prośbom o "one euro" nie było końca.
Właściwie to trochę przesadzam, bo sami Albańczycy okazali się być ludźmi nadzwyczaj przyjaznymi i właściwie, celując obiektywem w ich kierunku, ani razu nie spotkałam się odmową, a raczej z uśmiechem. Z mojej strony wystarczało wyćwiczone "faleminderit" (po albańsku "dziękuję"). Mali Albańczycy pozują jeszcze chętniej.
Tych chłopców spotkaliśmy niedaleko naszego hotelu. W jednej z bocznych uliczek grali sobie w piłkę. Małym Tirańczykom zupełnie nie przeszkadzała nasza obecność. Nie byli ani trochę speszeni, raczej zaciekawieni nami. Gracz z nr 26 na koszulce nawet zapozował. Co prawda ukrył się za kijem, ale zawsze. :)
Albania jest najbiedniejszym krajem w Europie. Odradza się po 40 latach rządów fanatycznego komunistycznego dyktatora Envera Hodży. Widać to na ulicach. Mijając albańską granicę, byliśmy na to przygotowani, ale mimo wszystko nie mogliśmy wyjść z "podziwu", jak ten obłąkany człowiek spaprał życie późniejszym pokoleniom.
Ale młodzież sobie radzi. Pisałam już o tym ostatnio. Ci, którzy radzić sobie nie chcą, żebrzą. Niejednokrotnie, jadąc samochodem, byliśmy świadkami, kiedy na pasach do kierowców podchodziły młode cyganki po prośbie. W miejscach typu "must see" aż się roi od rozkrzyczanych maluchów obu płci, które zanoszą utarg "rozstawionym" w pobliżu rodzicom. Zdają się oni mieć wewnętrzny radar, który już z bardzo daleka potrafi ocenić, czy warto danego delikwenta zaczepiać. My padliśmy ofiarą takich specjalistów, a raczej specjalistek w Tiranie.
Sposób na kontakty z małymi tubylcami opracowaliśmy już w Czarnogórze, kupując na stacji benzynowej tuzin lizaków. Traf chciał, że raz w stolicy Albanii zapomniałam ich wziąć, nie mieliśmy też żadnych drobnych w portfelu. Efekt? Jedna z dziewczynek przykuła się do mojej nogi, druga nie chciała puścić ręki Barszcza. Z odsieczą przyszła w końcu ich starsza siostra lub koleżanka.
Lizaki na szczęście mieliśmy już w albańskim kurorcie w Durrës. Dzieci owszem wzięły, ale prośbom o "one euro" nie było końca.
Więcej zdjęć: www.widzekadry.pl oraz www.facebook.com/widzekadry.
Lokalizacja:
Albania
wtorek, 23 lipca 2013
Videopocztówka: Plac Skanderbega w Tiranie
W nawiązaniu do pierwszej części relacji z Albanii mały bonus.
Polecamy przełączyć na jakość HD.
Polecamy przełączyć na jakość HD.
poniedziałek, 22 lipca 2013
Fuck you... tylko 1 EURO
| Plac Skanderbega |
Plac Skanderbega, Tirana. Serce stolicy. To tu przychodzą turyści... Zaraz, jacy turyści? Tirana to stosunkowo młode miasto, nie ma tu wielu zabytków. No nie, nawet Pascal odradza. Ale nie o tym chciałam... Jeśli już jesteś w Tiranie, obowiązkowo musisz zobaczyć Plac Skanderbega, bohatera narodowego Albańczyków. Tu, w tym jednym miejscu zobaczysz większość tego, co w Tiranie należy zobaczyć. Wiedzą o tym również miejscowe dzieci, które już tam na ciebie czekają.
![]() |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
Spragnieni, przysiadamy na colę w kawiarni przed Pałacem Kultury. Tak. Tirana ma swój Pałac Kultury, ale jego warszawski odpowiednik to raczej jego daleki kuzyn, a nie brat bliźniak. W budynku, bardziej szerokim, niż wysokim, mieści się m.in. opera.
| Pałac Kultury |
| W zasadzie to było pepsi |
Rozsiadamy się wygodnie, lecz nawet i tu, przy stoliku, dosięga nas wzrok kolejnego młodego biznesmena. Zza filarów wyłania się młody gniewny z całym "arsenałem" towaru przy piersi.
- Where are you from?
- From Poland.
- Kup długopis, breloczek, obcinaczka. Dobra, kup. Tylko jeden euro - mówi Albańczyk.
Jesteśmy już trochę wypłukani z bilonu i nie bardzo mamy ochotę na kolejną transakcję, jednak prawie bezbłędna polszczyzna albańskiego poligloty robi swoje. Poruszeni do żywego, wygrzebujemy w końcu jakieś leki (albańska waluta). Chwilę później podobny scenariusz słyszymy dwa stoliki dalej. Tym razem padło na Norwegów. C.D.N.
![]() |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
sobota, 20 lipca 2013
Rozruch powyjazdowy
Chyba każdy zna to uczucie. Uczucie związane z przejściem z trybu 'urlop' do trybu 'praca'. Dziś łagodziliśmy je patrząc na zdjęcie zrobione przez Magdę w albańskiej Wlorze. :)
Po urlopie udało się nam chyba wreszcie naprawić system komentarzy. Teraz już można pisać pod postami bez konieczności rejestracji. Teraz wszelka interakcja mile widziana!
Po urlopie udało się nam chyba wreszcie naprawić system komentarzy. Teraz już można pisać pod postami bez konieczności rejestracji. Teraz wszelka interakcja mile widziana!
![]() |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
poniedziałek, 15 lipca 2013
Belgradzkie deja vu i obiad z cyganerią. Na deser Amelia
Nasz pierwszy pobyt w Serbii to wizyta w stolicy. W Belgradzie spędzamy tylko kilkanaście godzin (bladym świtem wyjeżdżamy do Warszawy), ale to wystarczająco dużo, żeby stwierdzić, że nie nasyciliśmy się dostatecznie tym miejscem. Nie pierwszy raz, i nie ostatni, stwierdzamy: "musimy tu wrócić".
W pierwszych chwilach w Belgradzie przeżywamy deja vu. Kręcimy się w kółko autem, samochody mnożą się w oczach, nie me gdzie zaparkować. I architektura też jakaś taka znajoma. Czyżby Warszawa? Podobieństw do stolicy Polski jest wiele. Miasto jest duże, głośne, chaotyczne, ale nie sposób odmówić mu klimatu.
Nie ustalamy żadnego konkretnego planu zwiedzania. Spontanicznie snujemy się po mieście, chłonąc jego atmosferę. Niemal przy okazji trafiamy na zabytki opisane w przewodniku. Udaje nam się m.in. dotrzeć do twierdzy Kalemegdan, której korzenie sięgają III w. p.n.e. i która też nam coś przypomina. Jakby Barbakan... Przyglądamy się również trochę starszym panom grającym w szachy.
Belgrad jest miastem niesłychanie fotogenicznym. Przechadzając się ulicą Knez Mihailova, taką Chmielną lub, jak kto woli, Krakowskim Przedmieściem, spotykamy ulicznych grajków, portrecistów i babcie sprzedające rękodzieło. Aż w końcu dochodzimy do placu Republiki. Jest on dla belgradczyków tym, czym dla warszawiaków Rotunda - przede wszystkim miejscem spotkań.
Nie samym zwiedzaniem człowiek żyje, więc zatrzymujemy się coś zjeść. Recepcjonistka z naszego hotelu poleca nam w tym celu dzielnicę bohemy. Przy kolorowej uliczce Skadarlija mieści się wiele knajpek, każda w innym stylu. Kiedyś przychodzili tam tworzyć młodzi i obiecujący poeci i pisarze, teraz po tym "belgradzkim Montmartrze" przechadzają się głównie turyści, o których "zabijają się" konkurujące ze sobą restauracje. Okazuje się jednak, że coś unikatowego i nietuzinkowego można znaleźć w tamtej okolicy. A mianowicie, murale i graffiti. Barszcz na przykład spotkał swoją ulubioną Amelię.
W pierwszych chwilach w Belgradzie przeżywamy deja vu. Kręcimy się w kółko autem, samochody mnożą się w oczach, nie me gdzie zaparkować. I architektura też jakaś taka znajoma. Czyżby Warszawa? Podobieństw do stolicy Polski jest wiele. Miasto jest duże, głośne, chaotyczne, ale nie sposób odmówić mu klimatu.
| Ulica Knez Mihailova |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
Belgrad jest miastem niesłychanie fotogenicznym. Przechadzając się ulicą Knez Mihailova, taką Chmielną lub, jak kto woli, Krakowskim Przedmieściem, spotykamy ulicznych grajków, portrecistów i babcie sprzedające rękodzieło. Aż w końcu dochodzimy do placu Republiki. Jest on dla belgradczyków tym, czym dla warszawiaków Rotunda - przede wszystkim miejscem spotkań.
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| Rock is not dead fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| Plac Republiki |
| Belgradzki "Montmartre" fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| Barszcz i Amelia |
| Kowal i Bolesław Prus :) |
niedziela, 14 lipca 2013
Odzyskana łączność, tavče gravče i noc w Skopje
Przez większość pobytu w Albanii nie mieliśmy dostępu do internetu. Może to lepiej, bo to, co spotkało nas w Szkodrze, Tiranie, Durres, Vlorze i Dhermi, po prostu szkoda byłoby opisywać w takim przelocie...
Wszystko uzupełnimy oczywiście po powrocie do Warszawy (jesteśmy Wam winni również fotoreportaż z Budvy). Generalnie, Albania zrobiła na nas ogromne, choć nie zawsze pozytywne, wrażenie. Po przekroczeniu granicy z Macedonią zaczęliśmy doceniać wiele niedostrzeganych na codzień rzeczy, ale o tym później.
Za nami przyjemne popołudnie w Skopje. Z Aleksandrem Macedońskim, piwem Skopskim i regionalnym przysmakiem tavče gravče (fasola po macedońsku).
Więcej zdjęć wkrótce. Na razie musimy zbierać siły. Jutro przywitamy się z Belgradem.
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
Za nami przyjemne popołudnie w Skopje. Z Aleksandrem Macedońskim, piwem Skopskim i regionalnym przysmakiem tavče gravče (fasola po macedońsku).
Więcej zdjęć wkrótce. Na razie musimy zbierać siły. Jutro przywitamy się z Belgradem.
czwartek, 11 lipca 2013
Boka Kotorska, czyli uczta dla zmysłów
O Boce Kotorskiej powiedziano i napisano już wiele. Żadne słowa nie oddają jednak tego, co czuje człowiek obserwujący zachód słońca w tym właśnie miejscu. Spacer nadmorską promenadą w jednej zacisznych miejscowości położonych przy zatoce na długo zostaje w pamięci. Widoki dosłownie zapierają dech w piersi. Nie wierzycie? Oto namiastka (namiastka, bo na żywo wygląda to jeszcze lepiej):
Kotor to najbardziej znana, a więc i najmniej kameralna z miejscowości położonych nad zatoką. Turysta wybierający się w to miejsce, hałaśliwość i ruchliwość okolicy może jednak w pełni dobrać do swoich potrzeb. Wystarczy przemieścić się o kilka, góra kilkanaście kilometrów. Wybór malowniczych miasteczek jest spory. Morinj, Risan, Prčanj, Muo, Dobrota, Sveti Stasije, Perast... Z każdej z tych miejscowości widać piękną panoramę.
My odwiedziliśmy dwa ostatnie i dziś już wiemy, że Sveti Stasije (w którym pierwotnie mieliśmy zresztą mieszkać) to dokładne przeciwieństwo pulsującego życiem Kotoru. Coś dla lubiących ciszę, spokój i obcowanie głównie z tubylcami.
Niesamowite wrażenie robią dwie położone nieopodal wysepki: św. Jerzego (nazywana również Wyspą Umarłych) i Matki Boskiej na Skale (jedyna sztucznie utworzona wyspa na Adriatyku, z barokowym kościołem).
![]() |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
![]() |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
![]() |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
Perast to opcja pośrednia. Nie ma wprawdzie wielkiego zgiełku, ale turystów widać dużo częściej. Nie brakuje również zabytków z czasów Republiki Weneckiej, sklepików i klimatycznych knajpek na brzegu.
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
![]() |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
![]() |
| fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl |
środa, 10 lipca 2013
Szekspir napisałby: KOT OR not kot
Białe, czarne, rude i szare. Jednolite, łaciate i pręgowane. Młode i sterane życiem. Chyba wszystkie koty Kotoru wyszły nam na spotkanie podczas naszej pierwszej wizyty w tym mieście. Jedne przyglądały się z ciekawością, drugie szukały kontaktu, jeszcze inne olewały nas ostentacyjnie, ale żaden nie uciekał. Zdawały się mówić "nawet najnudniejszy turysta jest ciekawszy niż miejscowy".



Kotor był drugim przystankiem na naszej czarnogórskiej trasie. Wpisane na listę Unesco miasto jest wizytówką całego regionu. Największą atrakcją jest oczywiście jego najstarsza część. Urokliwe wąskie uliczki, nieregularnie rozmieszczone place i piękne świątynie - wszystko położone nad przypominającą norweski fiord zatoką i otoczone z trzech stron górami. To nie przypadek, że całość powszechnie porównuje się do najpiękniejszych chorwackich miast nad Adriatykiem.

Ci, którym mało wrażeń w dzień, mają co robić również wieczorami. Miasto zasypia późno, kwitnie życie kulturalne. My trafiliśmy na uliczny spektakl. Na specjalnie udekorowanym na tę okazję placu odegrały go cztery postacie na szczudłach. Poruszył nie tylko dziecięcą część widowni. Przekaz był prosty i uniwersalny - przemijanie to coś naturalnego, cieszmy się życiem.


fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl
Kotor był drugim przystankiem na naszej czarnogórskiej trasie. Wpisane na listę Unesco miasto jest wizytówką całego regionu. Największą atrakcją jest oczywiście jego najstarsza część. Urokliwe wąskie uliczki, nieregularnie rozmieszczone place i piękne świątynie - wszystko położone nad przypominającą norweski fiord zatoką i otoczone z trzech stron górami. To nie przypadek, że całość powszechnie porównuje się do najpiękniejszych chorwackich miast nad Adriatykiem.
Ci, którym mało wrażeń w dzień, mają co robić również wieczorami. Miasto zasypia późno, kwitnie życie kulturalne. My trafiliśmy na uliczny spektakl. Na specjalnie udekorowanym na tę okazję placu odegrały go cztery postacie na szczudłach. Poruszył nie tylko dziecięcą część widowni. Przekaz był prosty i uniwersalny - przemijanie to coś naturalnego, cieszmy się życiem.
fot. Magdalena Kowalska / www.widzekadry.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)








.jpg)



